O nich też pamiętajmy

Ponad sto lat temu skończyło się największe wówczas starcie narodów, jakim była I wojna światowa. Kilka mocarstw (w tym nasi zaborcy) rozpadło się, a kilka bytów państwowych wydobyto z zapomnienia. Nie wszędzie i nie zawsze był to proces bezkrwawy – by wspomnieć tu chociaż naszą ojczyznę i zwycięskie powstanie wielkopolskie. Takie same aspiracje i dążenia do posiadania własnego państwa miały też inne narody w całej Europie.

Nie ominęło to również naszych tzw. Kresów Wschodnich. W 1918 roku upomnieli się o swoje prawo do
samostanowienia także Ukraińcy. Wybuchły bardzo krwawe i intensywne walki o całą ówczesną Galicję z
Lwowem na czele. Choć liczebnie siły były zrównoważone, to jednak regularne wojsko i ochotnicy
ukraińscy zaczęli mieć przewagę. Opór Orląt Lwowskich zaczął słabnąć. Obrońcy Lwowa i Kresów słali
rozpaczliwe wezwania o pomoc do macierzy. Wielkie nadzieje pokładali w zaprzyjaźnionym i
opromienionym sławą wygranego powstania Poznaniu. Choć Poznań zareagował natychmiast, wysyłając
transporty z żywnością i materiałami sanitarnymi, to z pomocą wojskową sprawa nie była tak oczywista.
Ważyły się losy naszych zachodnich granic. Wojska niemieckie, choć lokalnie pokonane, stanowiły w
dalszym ciągu śmiertelne zagrożenie dla Wielkopolski. Co mógł zrobić dowódca powstania wielkopolskiego
gen. Józef Dowbor-Muśnicki? Zarządził nabór ochotniczy na odsiecz Lwowa. Zgłosili się do niego m.in.
żołnierze ochotnicy z gminy Dopiewo. Nie byli to nieopierzeni amatorzy wojaczki – przeciwnie – dobrze
wyszkoleni i zaprawieni w boju na frontach I wojny światowej byli żołnierze armii pruskiej. Wiemy o co
najmniej kilkunastu z nich, choć nie znamy nazwisk wszystkich. Znamy z nekrologów tych, co polegli bądź
odnieśli rany. Pierwsza ruszyła do boju tzw. Ochotnicza Kompania Poznańsko-Lwowska pod dowództwem
porucznika Ciaciucha (późniejszego kawalera Orderu Virtuti Militari). Krótko po niej pod Lwów wyjechała
cała Grupa Wielkopolska pod dowództwem płk. Daniela Konarzewskiego, która z marszu włączyła się do
walk o Lwów. Bili się dzielnie. Przeciwnik określił ich mianem „rogatych diabłów” (z racji charakterystycznych wysokich rogatywek). 19 kwietnia 2019 roku 1. Pułk Strzelców Wielkopolskich, wspierany przez saperów i artylerię, ruszył do walki o wieś Stawczany (ok. 20 km na południowy zachód od Lwowa). W zaciętym boju zginęło 19 strzelców, 137 zostało rannych. Zginął wśród nich także młody, pochodzący z Dąbrówki ochotnik, kapral Michał Skóra. Był strzelcem wyborowym. Zaciągnął się, jak wieść rodzinna niesie, wraz z kolegami. Został odznaczony za męstwo i otrzymał krótki urlop. Cała rodzina namawiała go do pozostania w domu, uniósł się jednak honorem, oświadczając matce i rodzeństwu, że takie zachowanie nie przystoi żołnierzowi polskiemu. Wrócił do swojej 11. „kompani braci” i poległ, a jego dowódca umieścił go w zbiorowym nekrologu. Zginęli również i odnieśli rany inni ochotnicy z Dopiewa i Zakrzewa.

Sto lat później udałem się do Lwowa, by odszukać miejsce pochówku brata mojej babci. Tak, to był
nieodżałowanej pamięci młodszy brat mojej babci. Wspominała go do końca życia, ale nigdy nie usłyszałem
z jej ust jednego złego słowa na naród ukraiński. Pojechałem do Lwowa, udałem się na cmentarz
Łyczakowski i w kwaterze Orląt Lwowskich odszukałem miejsce ostatniego spoczynku kaprala z Dąbrówki.
Jest to bardzo godne miejsce. Bohater spoczywa wśród bohaterów, nie tylko polskich. Są tam pochowani
żołnierze różnych nacji biorących udział w walkach na tzw. Kresach. Nieopodal spoczywają na pięknie
urządzonym cmentarzu Strzelcy Siczowi (ukraińska formacja wojskowa), polegli w walce z naszymi
„rogatymi diabłami”.

Nie miałem czasu na zwiedzanie, ale przyjrzałem się miastu i ludziom. Wziąłem udział we Mszy św. w
katedrze polskiej. Nigdy w życiu nie widziałem tak żarliwie modlących się ludzi, śpiewających ze
śpiewnikami w rękach. Przekazanie sobie znaku pokoju było przejmująco prawdziwe i wzruszające.

W centrum miasta, na skwerze przed operą zobaczyłem tłumy młodych, roześmianych (a trwała już wojna
na Wschodzie) ludzi z bawiącymi się dziećmi. Każda ławka w parku była zajęta przez amatorów szachów.
Wielu młodych ludzi (obojga płci) było w mundurach. Co kilkadziesiąt metrów stał namiot ze zdjęciami
poległych, odłamkami rakiet i wielką skarbonką na wsparcie wojska. Grała muzyka, występowały małe
folklorystyczne zespoły. Nikt nawet nie skrzywił się na dźwięk polskiej mowy, nie czynił nam
jakichkolwiek zarzutów. Wszyscy byli pozytywnie nastawieni do polskości, polskie napisy widniały na
historycznych budynkach.
Czy powinienem mieć jakikolwiek żal do tego Dzielnego Narodu o śmierć członka mojej rodziny ponad sto
lat temu?
Niech za odpowiedź posłuży hasło „SŁAWA UKRAINIE!”.

Pozdrawiam
Piotr Jeliński

Przeczytaj także

mówią mieszkańcy

sylwetka

Samochody mają dusze

Zbigniew Kopras od 44 lat prowadzi w Dopiewie, przy Więckowskiej warsztat samochodowy. Jest pasjonatem motoryzacji. W swojej kolekcji posiada kilkaset pojazdów. Przyczynił się do stworzenia

Czytaj więcej »

Porada

Mrówki w ogrodzie

Na świecie żyje co najmniej kilkanaście tysięcy gatunków mrówek. Mówi się nawet o 20 tys. W Polsce do tej pory zidentyfikowano 101 gatunków, z których 96

Czytaj więcej »

Zdaniem geodety - felieton

felieton Piotr

Wakacje

Bardzo gorący temat dosłownie i w przenośni. Przekazujemy sobie nawzajem opowieści, gdzie kto był i co spożywał. Oglądamy tysiące zdjęć z całego świata, bo mamy

Czytaj więcej »