Dokładnie dwanaście lat temu w ówczesnych „Przedmieściach” poruszyłem nieco temat
wody i co nam ona może przynieść. To, co ostatnio obserwowaliśmy na południu kraju, daje
pewien obraz i pokazuje możliwości żywiołu. Czy można z nim walczyć? Niestety nie.
Woda, ogień, wiatr są żywiołami w dużej mierze nieprzewidywalnymi i występują w każdym
miejscu naszej planety, przynosząc tragiczne skutki. Czy można zapobiec huraganowi o
prędkości dochodzącej do 300 km na godzinę? Nie. A pożarom wysuszonych lasów? W
bardzo ograniczonym stopniu, i tylko za pomocą wody. Woda jest naszym
błogosławieństwem, podstawą egzystencji, dawcą energii i miejscem wypoczynku. Ale
traktowana z lekceważeniem potrafi się „odwdzięczyć”. Trudno mi zrozumieć, jak średniej
wielkości środkowoeuropejskie państwo o jednym z najmniejszych zasobów wodnych w
Europie (tak, to o nas mowa) za podstawę tzw. melioracji przyjęło zasadę bezwzględnego
osuszania wszystkiego, co się nawinie (pola, mokradła, torfowiska itp.) i spuszczania
powstałego nadmiaru wody do Bałtyku. Owszem, woda w kranie jeszcze płynie. Nawet jest
dość tania. Ale nie łudźmy się, to nie jest studnia bez dna. No i druga strona medalu. Ta
marnotrawiona, bardzo ładnie wybetonowana miejscami zlewnia wody, w momencie
wsparcia jej porządnym opadem potrafi zachować się niekoniecznie tak, jak sobie melioranci
wyobrażali, czyli spłynie szybko w najniższe miejsce, wypełni stojący na jej drodze zbiornik
prawie że retencyjny, a następnie – nic sobie nie robiąc z intencji twórców melioracji –
zmiecie wszystko, co stanie na jej drodze. Mówi się, że nauka nie idzie w las, nie wchodzi się
dwa razy do tej samej rzeki, niestety jak sięgnę pamięcią, są to nic nieznaczące banały. Ta
beztroska w traktowaniu groźnego żywiołu objawia się typowo polskim powiedzeniem: jakoś
to będzie. Otóż nie będzie. I dotyczy to nie tylko bezsensownie zabudowanych polderów
pogórza, ale i nizin, z naszą gminą włącznie. Po zalaniach i podtopieniach, jakie miały u nas
miejsce na wiosnę 2010 roku (nagła odwilż), w zasadzie nic się nie zmieniło. Szumnie
zapowiadanych zbiorników retencyjnych nie było i nie ma, większość stawów zasypano już
wcześniej, deweloperzy, budując osiedla, w większości nie zwracają uwagi na zrywane sieci
drenarskie. Mało tego, jak budowano na terenach bagnistych i zagrożonych zalaniem, tak i
dziś się tam buduje. I to wszędzie, Kotliny Kłodzkiej nie wyłączając.
Apelowałem dwanaście lat temu o zatrzymywanie wody z dachów i rynien. Nie widzę, żeby
na jakimkolwiek osiedlu czy indywidualnych budowach stały jakieś zbiorniki na deszczówkę.
I w przestrzeni publicznej problem też jakby nie istniał. Na temat ostatniej powodzi
wypowiadało się już tyle autorytetów, że nie będę tu z nimi konkurował, ale pamiętam
doskonale, gdy jako dwunastoletni kolonista w trakcie pobytu w Kletnie w Kotlinie Kłodzkiej
poszedłem z przewodnikiem do Stronia Śląskiego, gdzie między innymi zobaczyliśmy
niechlubnie sławną dzisiaj zaporę wodną. I przewodnik powiedział, że ta zapora jest wadliwa,
ponieważ przepuszcza wodę pod spodem i że będzie rozebrana i zbudowana jeszcze raz. Nie
wiem, czy to się spełniło. Ale faktem jest, że zbiornik nie wytrzymał.
Co z tych historii wynika dla nas? Nie mamy wpływu na wielkie inwestycje rządowe. Nie
wpłyniemy na zbiorową świadomość naszej społeczności kultywującą powiedzenie „jakoś to
będzie”. Ale możemy w ramach pracy organicznej, pracy u podstaw, poprawić chociaż to, co
jest w naszym zasięgu, czyli wykośmy rów przed domem, podstawmy beczkę pod rynnę,
patrzmy na ręce włodarzom naszej gminy szczególnie przy tworzeniu planów
zagospodarowania przestrzennego.
Zaplanowanej retencji nie musimy z racji wysokich kosztów budować od razu, ale dobrze
zorganizowana i prowadzona gospodarka wodna z całą pewnością nam nie zaszkodzi, a
jestem przekonany, że pomoże.
Na koniec przypomnę nam wszystkim chyba znaną maksymę primum non nocere (po
pierwsze nie szkodzić). Nie szkodźmy zatem przyrodzie, a na pewno nam się odwdzięczy.
Pozdrawiam
Piotr Jeliński









